On sprawi, że węgle ogniste i siarka będą padać na grzeszników; palący podmuch wiatru będzie udziałem ich kielicha” (Ps 11,6).
Ten obraz brzmi brutalnie i łatwo go nadużyć, by straszyć Bogiem jak kapryśnym despotą z piorunami w ręku. A jednak, jeśli spojrzeć oczami ofiar przemocy, wojen, wykorzystywania – pojawia się inne pytanie: czy byłoby dobrą wiadomością, gdyby Bóg wobec tego wszystkiego wzruszył tylko ramionami? Psalm 11 krzyczy, że ostatecznie żadne zło nie przejdzie bokiem, nie zostanie „sprytnie wyciszone”. Jezus ostrzega: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). To znaczy, że w oczach Boga każda krzywda dotyka Jego samego – i dlatego Jego reakcja jest tak poważna. Ogień i siarka nie są kaprysem, lecz obrazem tego, że tam, gdzie człowiek uparcie wybiera niszczenie innych, tam w końcu musi dotrzeć sprawiedliwe „nie” Boga, które broni skrzywdzonych.
Pan bada sprawiedliwego i występnego, nie cierpi Jego dusza tego, kto kocha nieprawość” (Ps 11,5).
Bóg nie jest obojętny.
Współczesna duchowość często maluje Boga jako uśmiechniętego dziadka, który klepie wszystkich po głowie i mówi „będzie dobrze”. Dawid zna innego Jahwe. Boga, który bada, który rozróżnia i który nie toleruje zła — nie dlatego, że jest tyranem, lecz dlatego, że kocha.
Jezus powiedział: „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię” (Łk 12,49). Nie ogień zniszczenia ale ogień oczyszczenia.
Próba sprawiedliwego nie jest karą. Jest jak ogień hutniczy, który oddziela złoto od żużla. Boli? Tak. Ale to, co zostaje jest czyste.
Cierpienie, które wydaje się bezsensowne, może być dłutem w rękach Artysty. Frustracja, która cię wykańcza, może odsłaniać coś, czego sam nie widzisz. Kryzysy wypalają to, co i tak musiało odejść.
Występny unika ognia. Sprawiedliwy przez niego przechodzi i wychodzi złotem.
Fragment z przygotowywanej książki „Lustro przeciwności”
W pierwszej książce z serii „Psalmoterapia w praktyce – Lustro duszy” podzieliłem się z czytelnikiem pięcioma wielkimi odkryciami związanymi z modlitwą psalmami. Pisałem tam o egzystencjalnym czytaniu, które pozwala zobaczyć w historii Dawida swoją własną. O wymiarze paschalnym, czyli odczytywaniu psalmów przez pryzmat cierpienia i zmartwychwstania Jezusa. O ucieleśnieniu modlitwy, która nie zostaje tylko w głowie, ale schodzi do trzewi, do ciała, do łez i drżenia rąk. O psalmach jako alfabecie modlitwy, czyli „aż i tylko” podręcznik do modlitwy naszym życiem. I wreszcie o kontemplacji, o tej drodze ku prostocie trwania, gdzie słowa stopniowo ustępują ciszy. Ale jest jeszcze szósty ważny wymiar. Ten, który przez lata sam odkrywałem po omacku, bo nikt mi o nim nie powiedział: wymiar terapeutyczny. Jednak od razu muszę powiedzieć, co przez to rozumiem, a czego nie rozumiem. Gdyż wielu ludzi, gdy słyszy „terapia duchowa”, wyobraża sobie jakieś cudowne uzdrowienie. Przeczytasz psalm, odmówisz różaniec i depresja zniknie, trauma się rozpuści, lęki odejdą. To tak nie działa.
Psalmy nie są cudowną tabletką, raczej działają jak długotrwała rehabilitacja po wypadku. Działają powoli, głęboko, często niepostrzeżenie. Czasem przez miesiące nic się nie zmienia, a potem nagle orientujesz się, że potrafisz oddychać w miejscach, w których wcześniej się dusiłeś. Chcę to powiedzieć jasno, bo zależy mi na uczciwości wobec siebie i innych: modlitwa psalmami nie zastępuje psychoterapii. Nie zastępuje leczenia psychiatrycznego i profesjonalnej pomocy, gdy jest ona potrzebna. Dojrzała duchowość nie konkuruje z nauką ani medycyną. Ona idzie obok. Czasem przed, czasem po, czasem razem. Jak dwie ręce tego samego ciała.
Znam ludzi, którzy latami modlili się o uzdrowienie z depresji, odrzucając leki i terapię, a nie zostali uzdrowieni. Nie dlatego, że Bóg ich nie kochał ale dlatego, że Bóg dał nam też rozum, medycynę i innych ludzi, którzy mogą pomagać. Duchowość, która odrzuca pomoc, nie jest duchowością dojrzałą. Jest duchowością fundamentalistyczna i oderwaną od pełnej prawdy o Bogu i człowieku. Z drugiej strony, znam też ludzi, którzy przeszli przez wszystkie terapie, wszystkie leki, wszystkie metody i wciąż czegoś im brakowało. Bo człowiek to nie tylko psychika. To też dusza i są rany, których psycholog nie dosięgnie. Istnieją pytania, na które terapeuta nie odpowie i są ciemności, w których potrzebny jest ktoś większy niż my sami i tu wchodzą psalmy.
Z czasem zacząłem rozumieć, że psalmy nie są jedynie terapią w sensie psychologicznym. Nie chodzi tylko o to, żeby lepiej się poczuć, przestać cierpieć, wrócić do równowagi. Psalmy prowadzą głębiej, do przemiany. Terapia psychologiczna pomaga funkcjonować jest to ważne i potrzebne. Jednak duchowość idzie dalej. Zmienia nas od środka. Psalmy robią jedno i drugie. One pomagają przetrwać. Nazywają ból, dają język cierpieniu, przywracają relację z Bogiem w chwilach, gdy wydaje się zerwana. Ale równocześnie prowadzą dalej. Ku innym oczom, uszom i innemu sercu.
W psalmach nie chodzi tylko o to, żeby przestać bać się ciemności. Chodzi o to, żeby nauczyć się w niej widzieć Boga. „Nawet ciemność nie jest dla Ciebie ciemna, i noc jak dzień świeci” (Ps 139, 12). To nie jest negowanie ciemności ale zmiana perspektywy. To wiara, że Bóg jest tam, gdzie nam się wydaje, że Go nie ma. I to jest najgłębszy terapeutyczny wymiar psalmów. Nie psychologiczny, ale duchowy. Nie chodzi o to, żeby wrócić do tego, kim byliśmy przed kryzysem. Chodzi o to, żeby stać się kimś nowym. Kimś, kto przeszedł przez dolinę cienia śmierci i wciąż żyje. Kimś, kto zna smak rozpaczy i nie umarł. Kimś, kto nauczył się ufać nie dlatego, że wszystko jest łatwe, ale dlatego, że Bóg jest wierny. Nawet wtedy, gdy Go nie czujemy. Tradycja chrześcijańska mówi o przebóstwieniu, theosis. O tym, że celem życia duchowego nie jest tylko poprawa, ale przemiana. Stanie się tym, kim naprawdę mamy być – Ikonami Boga. Psalmy są jedną z dróg do tej przemiany. Powolną, wymagającą, bolesną ale prawdziwą.
Psalmy nie usuną depresji jednym czytaniem. Nie wyleczą traumy jednym psalmem. Nie sprawią, że wszystko nagle będzie dobrze. Jednak jak nikt inny mogą towarzyszyć w procesie uzdrowienia. Mogą być głosem, gdy nasz głos milknie. Mogą być nadzieją, gdy nadzieja gaśnie. Mogą być modlitwą, gdy nie potrafimy się już modlić. I w tym właśnie tkwi ich moc. Nie w tym, że zmieniają rzeczywistość, ale w tym, że zmieniają nas.
Kwiatek, P. (w przygotowaniu) „Lustro przeciwności”.
Gdy walą się fundamenty, cóż może zdziałać sprawiedliwy?” (Ps 11,3).
To pytanie brzmi jak cios w brzuch. Co robić, gdy wszystko, na czym budowałeś życie, nagle pęka? Rozpadające się małżeństwo. Diagnoza lekarska. Utrata pracy po dwudziestu latach. Zdrada przyjaciela.
Fundamenty. Te rzeczy, na których budowaliśmy całe życie. Małżeństwo, które miało być na zawsze. Praca, która dawała sens. Zdrowie, które wydawało się oczywiste. Wiara, która nie znała wątpliwości.
Co robisz, gdy to wszystko pęka?
Psalmista nie udaje, że to pytanie jest łatwe. Nie wciska taniego optymizmu.
Żyjemy w czasach tektonicznych przesunięć. Wartości, które wczoraj były oczywiste, dziś są wyśmiewane. Autorytety upadają. Instytucje tracą wiarygodność. Młodzi pytają: „Na czym mam budować, skoro wszystko się sypie?”
Jezus znał odpowiedź: „Każdego, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale” (Mt 7,24).
Bo oto grzesznicy łuk napinają, kładą strzałę na cięciwę, by w mroku razić prawych sercem” (Ps 11,2).
Dawid nie opisuje otwartej bitwy. Opisuje coś znacznie bardziej przerażającego — zasadzkę. Wróg nie walczy twarzą w twarz. Czai się. Celuje. Czeka na moment twojej słabości. Brzmi znajomo?
Hejt w komentarzach. Plotka puszczona „przypadkiem”. Manipulacja, która wygląda jak troska. Współczesne strzały nie świszczą — szeleszczą w wiadomościach, skrywają się za uśmiechami, uderzają, gdy najmniej się spodziewasz.
Jezus znał ten ból. Judasz pocałunkiem. Faryzeusze podchwytliwymi pytaniami. Tłum, który w niedzielę wołał „Hosanna”, a w piątek „Ukrzyżuj.” „Oto Ja was posyłam jak owce między wilki” (Mt 10,16) — powiedział uczniom. Nie obiecał, że strzały nie polecą. Obiecał, że nie polecą na próżno.
Bo prawość serca — to tarcza, której mrok nie przebije.
Jezus obiecuje: „Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości” (Mt 5,10). To nie jest pobożne „wytrzymaj, będzie miło”, tylko deklaracja, że każda rana przyjęta z miłością i wiernością staje się miejscem szczególnej bliskości z Nim. Tam, gdzie świat próbuje zniszczyć twoje serce, On je hartuje, by mogło kochać dojrzalej, a nie twardnieć.
Do Pana się uciekam; dlaczego mi mówicie: Niby ptak uleć na górę!” (Ps 11,1).
Psalm 11 otwiera się jak krótki, ale mocny manifest człowieka, któremu właśnie zawalił się grunt pod nogami. Dawid staje w miejscu, gdzie świat każe mu uciekać. Przyjaciele radzą: ratuj się, chroń, biegnij. A on? Zostaje. Bo zna tajemnicę, której nie pojmują nawet najbliżsi – prawdziwe schronienie nie jest na górze, w odległej kryjówce. Jest w Kimś bliższym niż oddech. W Panu. To nie ucieczka tchórza, lecz decyzja wojownika, który wie, gdzie naprawdę można stanąć mocno.
Psalm 11 nie obiecuje, że zagrożenie zniknie, ale że w samym środku burzy można podjąć bezczelnie odważną decyzję: będę ufał Panu, a nie panice. Jezus w łodzi pyta przerażonych uczniów: „Czemu się boicie, małej wiary?” (Mt 8,26). To to samo pytanie, które ten psalm stawia każdemu, kto dziś zasypia ze ściśniętym żołądkiem nad kredytem, diagnozą albo wojną za granicą. Wiara przestaje być wtedy teorią, a staje się ryzykiem złożenia całego życia w ręce Kogoś, kogo nie widać, ale kto naprawdę rządzi historią.
Psalm 11 uczy nas czegoś fundamentalnego – wiara nie eliminuje problemów. Wiara zmienia miejsce, z którego na nie patrzymy.