Człowiek bez spojrzenia drugiego usycha jak roślina w piwnicy. To nie tylko kwestia emocji, to nasz biologiczny i duchowy tlen – rozpaczliwa potrzeba potwierdzenia, że w ogóle istniejemy. Kiedy Bóg milczy, czujemy się jak osierocone dziecko w tłumie, szukające wzroku matki, by odnaleźć własną tożsamość. Ten ból próbuje nas oszukać, wmawiając nam, że jesteśmy nieważni i pominięci w wielkim planie istnienia.
Jednak Ewangelia to historia Boga, który nie wytrzymał dystansu i rzucił się w naszą ciemność, byle tylko nas dotknąć i odnaleźć. W Betlejem stał się niemowlęciem wymagającym patrzenia, a na Krzyżu przyjął naszą kenozę, stając się Widzialną Miłością w samym centrum ludzkiego opuszczenia. Nawet jeśli czujesz tylko pustkę, Twoje imię jest wyryte na Jego dłoniach głębiej niż blizny po gwoździach. On nie przestał patrzeć; On patrzy na Ciebie z samego środka Twojego bólu.








