Z dzisiejszego psalmowego newslettera:
Moją ofiarą, Boże, duch skruszony, nie gardzisz, Boże, sercem pokornym i skruszonym. (Ps 51,19).
To zdanie przewraca do góry nogami cały system religijnej poprawności. W starożytnym Izraelu ofiary były wystawne – woły, barany, zboże, wino. Wymyślano coraz bardziej skomplikowane rytuały. A Dawid mówi: Boże, nie mam już nic. Wszystko, co mogę dać, to moje złamane serce. I wystarczy. Więcej – to jest właśnie to, czego Bóg naprawdę chce. Nie show, nie performance, nie idealna fasada. Szczerość serca, które wie, że potrzebuje łaski. Jezus powtórzył to w przypowieści o faryzeuszu i celniku: „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu” – i to właśnie celnik wyszedł usprawiedliwiony (Łk 18,13-14). Psychologicznie to fundamentalne przesłanie: nie musisz być super, żeby być kochanym. Możesz przyjść taki, jaki jesteś – złamany, zmęczony, zagubiony. Bóg nie gardzi. Bóg bierze w dłonie i skleja na nowo. Twoje serce, choćby w kawałkach, jest Mu drogocenne.
Bóg nie szuka twoich sukcesów – szuka twojego serca, nawet jeśli jest w kawałkach.
