„Któż jak nasz Pan Bóg, co siedzibę ma w górze, co w dół spogląda na niebo i na ziemię?” (Ps 113,5-6).
Psalmista odsłania najczulszy paradoks wiary: Bóg jest w niebie, ale Jego oczy są przyklejone do ziemi – jak matka, która nawet gotując obiad, przez okno śledzi zabawę dziecka na podwórku. On nie „monitoruje” świata z zimną dokładnością kamer przemysłowych. On wypatruje – jak dziadek pochylony nad łóżeczkiem wnuka, zasypiający z palcem uwięzionym w jego maleńkiej dłoni.
Jego „wysokość” to nie dystans – to lepszy punkt, by dostrzec, kiedy wyciągasz rękę. Współczesny człowiek czuje się często jak zagubiona owca w gęstej mgle, ale Bóg patrzy na niego jak pasterz, który już rozpoznaje kształt swojego baranka po ruchu sylwetki. Bóg widzi!
Nawet gdy jesteś w dole, On patrzy w dół – a to znaczy, że jesteś w JAKIMŚ polu widzenia. Więc krzycz. On słyszy.
„Dlatego się cieszy moje serce, dusza się raduje, a ciało moje będzie spoczywać z ufnością, bo nie pozostawisz mojej duszy w Szeolu i nie dozwolisz, by wierny Tobie zaznał grób” (Ps 16,9-10).
Współczesny człowiek, otoczony kulturą strachu (pandemie, wojny, samotność), może tu znaleźć antidotum: nawet grób nie zatriumfuje nad tym, kto przylgnął do Boga jak żeglarz do kotwicy.
Gdzie szukasz pewności – w bankowym koncie, medycynie, czy w Tym, który rozdarł więzy śmierci?
Nawet gdy ziemia się zatrzęsie, twoja dusza ma DNA wieczności. Bóg nie przechowuje śmieci – zbiera skarb (Mt 6,20).
Twoje serce może śpiewać w ciemności – bo grób to tylko szatnia zmartwychwstania.
W jednym miejscu książki, nad którą obecnie pracuję, pt. „Cyfrowa dusza”, piszę o tzw. „Mysiej utopii” – niekoniecznie optymistyczna wizji przyszłości – oto fragment:
Czy żyjemy w świecie skazanym na samozagładę? Eksperyment Johna B. Calhouna z lat 60. XX wieku, znany jako „Mysia Utopia”, może być bardziej aktualny, niż nam się wydaje. Calhoun stworzył dla myszy raj: nieograniczony dostęp do pożywienia, brak drapieżników, pełne bezpieczeństwo. Początkowo populacja rosła lawinowo. Ale potem coś się wydarzyło. Myszy zaczęły unikać kontaktów społecznych, zaniedbywały młode, a niektóre zamykały się w sobie, spędzając całe dnie na pielęgnacji futra. Powstała klasa „pięknych outsiderów” – bez agresji, bez chęci rozmnażania, bez celu. W końcu kolonia wymarła – mimo idealnych warunków. Brzmi znajomo? Spójrzmy na współczesny świat. Nieograniczony dostęp do dóbr, bezpieczeństwo, cyfrowe rozrywki – wszystko, czego potrzeba do życia. A jednak depresja, alienacja i kryzys tożsamości stają się plagą XXI wieku. Czyżbyśmy nieświadomie podążali śladami myszy Calhouna? Nasze umysły karmią się bodźcami. TikTok, Instagram, Netflix – szybkie nagrody, natychmiastowa gratyfikacja. Wygodne życie nie wymaga walki, ryzyka ani wysiłku. I tak jak myszy, zaczynamy zapominać, co to znaczy naprawdę żyć.
[…]
Z perspektywy teologicznej, „Mysia Utopia” to nie tylko eksperyment naukowy. To metafora duchowego kryzysu współczesnego człowieka. W świecie, który oferuje nam wszystko – od materialnego dostatku po cyfrowe rozrywki – tracimy coś fundamentalnego: poczucie sensu i odniesienia do Boga. Religie od wieków mówią o potrzebie ascezy, umiaru, walki z pokusami. Ale dziś te słowa brzmią jak archaizm. Kto potrzebuje umiaru, gdy wszystko jest na wyciągnięcie ręki? Kto potrzebuje walki, gdy życie można przeżyć w wygodnym fotelu, z pilotem w dłoni? A jednak, właśnie w tym nadmiarze kryje się największe niebezpieczeństwo. W świecie, który oferuje nam wszystko oprócz Boga, nasze serca pozostają niespokojne.
W świecie, który z roku na rok pędzi szybciej, gdzie algorytmy lepiej znają nasze przyzwyczajenia niż my sami, coraz częściej gubimy to, co najważniejsze — ciszę. Tę prawdziwą, głęboką, nie tylko tę z wyciszonych powiadomień czy funkcji „focus” w telefonie. Ciszę, która nie służy produktywności, ale spotkaniu z samym sobą. Coraz trudniej dziś mówić o duchowości, nie ryzykując, że zostanie się wrzuconym do worka z coachingiem, modą na mindfulness czy instagramowymi poradami od samozwańczych guru. Duchowość stała się towarem – przystępnym, ładnie opakowanym, z darmowym okresem próbnym i zniżką na pierwszą sesję. A przecież chodzi o coś zupełnie innego. Nie o aplikacje, które przypominają, że pora na „wdzięczność”. Nie o hashtagi pod zdjęciem z kadzidłem. Prawdziwa duchowość boli. Wymaga ciszy, odwagi i czasu. Nie daje natychmiastowych efektów, nie gwarantuje sukcesu ani lajków. To proces, w którym więcej się traci niż zyskuje – przynajmniej na początku. Ale właśnie w tym tkwi jej siła. „Życie duchowe nie jest jakimś luksusem, jest koniecznością. Nie chodzi o to, by być bardziej 'dobrym człowiekiem’, ale by w ogóle być człowiekiem” (myśl przypisywana Thomasowi Mertonowi). Calhoun pisał: „Po osiągnięciu stanu utopii społecznej, rozpad zaczął się od wewnątrz. Zachowania przestały mieć sens. Role społeczne się rozpadły. Przemoc, apatia i izolacja wzięły górę” [Calhoun, J. B. (1962). Population Density and Social Pathology, Scientific American, 206(2), 139–148]. Czy naprawdę tak bardzo się różnimy?
Powrót do duchowości nie jest dziś kaprysem. To konieczność. Ale nie chodzi o to, żeby uciekać do klasztoru. Raczej o odważne zmierzenie się z pytaniem: „Kim jestem, kiedy nikt nie patrzy?”. Modlitwa, jeśli ma mieć sens, musi wykraczać poza formułki. Musi być krzykiem duszy albo cichym westchnieniem, które przerywa codzienny szum. Refleksja to nie skrolowanie w poszukiwaniu cytatów motywacyjnych. To bycie niewygodnie samemu ze sobą. Prawdziwie samemu. „Mysia Utopia” nie jest tylko naukową ciekawostką. Jest ostrzeżeniem. Jeżeli nie znajdziemy czegoś, co nada naszemu życiu sens – czegoś głębszego niż technologia i wygoda – skończymy tak samo. Nie z braku zasobów. Z braku sensu. Jesteśmy ludźmi, nie myszami. Mamy wybór.
🛐 #PsalmNaDzień Od wschodu słońca aż po zachód jego niech imię Pańskie będzie pochwalone! (Ps 113,3).
Od wschodu do zachodu – czyli cały dzień, każda chwila, każdy oddech. Ale jak chwalić Boga, gdy telefon dzwoni jak oszalały, dzieci krzyczą, a rachunki piętrzą się jak góry w Dolomitach?
Psalmista nie mówi o idealnym dniu. On mówi: właśnie w chaosie, tam Go chwal. Nie tylko na modlitwie – ale kiedy wstajesz po nieprzespanej nocy. Kiedy podnosisz się z dna po porażce w pracy. Kiedy wyciągasz rękę do kogoś, kogo wolisz unikać. W tych wszystkich „od – do” dnia – jest miejsce na świętość. Nie musisz być zakonnikiem. Masz być świadkiem. Twoje życie to liturgia codzienności.
Nie czekaj na idealny moment, by chwalić Boga. Zrób z każdej sekundy świątynię.
„Niech imię Pańskie będzie błogosławione odtąd i aż na wieki!” (Ps 113,2).
W świecie, gdzie nazwiska mają termin przydatności – gdzie imperia kruszeją jak stare mury, a celebryci znikają szybciej niż stories – Jego imię nie rdzewieje. Nie traci blasku. Jest jak znak wodny na duszy świata – obecny, choć niewidoczny na pierwszy rzut oka.
Gdy mówisz „błogosławione”, nie jesteś sam. Twoje słowo wpada w nurt wiecznej pieśni – tej samej, którą śpiewał Mojżesz, gdy wody Morza Czerwonego rozstąpiły się jak kurtyna przed sceną zbawienia. Śpiewał ją Dawid, gdy biegł z procą na olbrzyma większego niż strach. Nie miał miecza, ale miał imię Pana – i ono wystarczyło. Dziś ta pieśń płynie dalej. Z głośników katedr i z balkonów bloków. Z ust matki, która trzyma rękę dziecka na onkologii. Z serca młodej Ukrainki, która siedzi na gruzach własnego domu, ale w sercu szeptem modli się do Boga, który pozostaje jedyną nadzieją.
Bo kiedy błogosławisz – nie tylko deklarujesz wiarę. Ty wzywasz Jego imię do życia. A z Nim przychodzi sens, światło, i niezniszczalna tęsknota za Spotkaniem – tym ostatecznym, z Tym, który powstał z martwych.
Błogosławionego dnia w łączności modlitewnej w 1W1.
📖🙏 Zapraszam do lektury najnowszego numeru czasopisma Głos Ojca Pio! Wśród wielu inspirujących treści znajdziecie tam również mój artykuł „Ojcze, nasz, który jesteś w niebie” – refleksję nad modlitwą, która łączy nas z Bogiem jak nic innego. To duchowa podróż przez słowa, które znamy od dziecka, a które wciąż potrafią na nowo poruszyć serce.
Liturgia milknie. Nie ma psalmu responsoryjnego. A przecież to właśnie Psalm 22 najlepiej oddaje głębię tego dnia.
📖 „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” – woła Psalmista. Te same słowa wypowie Jezus na krzyżu. To modlitwa cierpiącego serca, człowieka, który nie widzi światła, ale nadal mówi do Boga.
💔 Psalm 22 to anatomia ludzkiego cierpienia:
🩸 ból fizyczny: wybite stawy, wyschnięte gardło, przebite ręce 🧠 cierpienie psychiczne: bezsilność, ogołocenie z szat 🧍♂️ samotność społeczna: wyśmianie, pogarda, drwina 🙏 pustka duchowa: brak odczuwania Bożej obecności Psalmista jest na dnie. Nie widzi ratunku. I właśnie w tej głębi bólu jesteśmy dziś razem z Jezusem.
🌑 Ale to nie koniec. Bo Psalm 22 – choć pełen ciemności – niesie też iskrę nadziei. Z tej pustki rodzi się szept: „On mnie wysłuchał”.
🌄 Z krzyża rodzi się życie. Z ciszy – słowo. Z bólu – zwycięstwo.
I w tej historii światła i cienia – może odnaleźć się każdy z nas.
Każdy, kto kiedykolwiek czuł się opuszczony, zraniony lub zdradzony, może znaleźć w Psalmie 22 lustro swojej duszy – ale też drogowskaz, który prowadzi od krzyża do światła.
#PsalmNaDzień „Ty zapisałeś moje życie tułacze; przechowałeś łzy moje w swoim bukłaku: czyż nie są spisane w Twej księdze?” (Ps 56,9).
🔲 Wyobraź sobie, że twoje życie to podcast. Codziennie nowy odcinek. Raz dramat, raz horror, innym razem brazylijska telenowela bez fabuły. Czasem śmiech, czasem cisza tak gęsta, że aż boli. Gdy wszystko się układa – wszyscy słuchają. Gdy wybucha drama – robi się głośno. Ale kiedy siedzisz w ciemności, rozklejasz się po cichu i płaczesz w poduszkę… zostają tylko łzy. I On.
✍️ Bóg to jedyny słuchacz, który nigdy nie przełącza. Nawet kiedy milczysz. Nawet kiedy nie masz siły mówić. On się nie wzdryga. Nie robi z twojego życia showu. Nie wyciąga starych cytatów w stylu „a nie mówiłem”. Zamiast tego – zbiera każdą twoją łzę. Jakby była święta. Jakby twoje cierpienie było ważniejsze niż światowe nagłówki. I dokładnie tak jest. Bo Jemu nie chodzi o kontrolę czy wyliczanie – chodzi o miłość. Taką z czułością, bliskością, sercem.
Świat widzi dramat. Bóg widzi świętość. Twój ból ma swoje miejsce w Jego wiecznym archiwum.
💎 Czy wierzysz, że Twoje łzy mają swoją wagę? Że nie są tylko emocjonalnym odpadkiem ani dowodem na słabość? One są jak perły. Ślady twojej historii, które Bóg zbiera z największą uwagą. Bo Jego miłość nie kończy się tam, gdzie kończy się twój optymizm czy oklaski innych. Każde „nie dam już rady” to sygnał SOS, który nie ginie w eterze – to modlitwa, którą Bóg słyszy. A kiedy nie masz już gdzie się schować – On zostaje. Zawsze. Z drzwiami otwartymi na oścież.
Wczoraj wieczorem, po dyżurze w konfesjonale, poszedłem na spacer. Potrzebowałem chwili ciszy i ruchu… Włączyłem sobie nagranie Psalmu 119 – tego najdłuższego w całym psałterzu.
Poruszyło mnie jak psalmista z taką szczerością i autentyczną wiarą mówi o Bogu – o Jego Prawie, Słowie, przykazaniach… Ale przede wszystkim: o Jego obecności. Cały ten Psalm to jedno wielkie świadectwo miłości i tęsknoty za Bogiem. Dla autora Bóg naprawdę był wszystkim.
Kochani, niech ten dzień będzie błogosławiony. I niech nasza codzienność też będzie psalmem – żywym, autentycznym, o Bogu i dla Boga.