Pamiętam jak dziś.
Dwadzieścia pięć lat temu stałem przy ołtarzu, głosząc kazanie prymicyjne młodemu kapłanowi, który dopiero zaczynał swoją drogę. Przytoczyłem wtedy pewną historię o tym, jak łatwo ocenia się księdza — zawsze „za bardzo” albo „za mało”, zawsze nie tak, jak trzeba. Minęły lata, a jej sens wcale nie wyblakł. Może nawet stał się bardziej przejrzysty.
Kapłaństwo niesie w sobie coś cichego i kruchego.
Człowiek uczy się z czasem, że nie da się zadowolić wszystkich, ale można próbować być wiernym Temu, który powołuje. I że czasem największe rzeczy dzieją się poza słowami — w milczeniu, w zmęczeniu, w modlitwie, której nikt nie widzi.
W ten Wielki Czwartek wracam sercem do początku.
Dziękuję Bogu za dar powołania. Za wszystkich ludzi, których spotkałem na tej drodze. Za tych, którzy byli wsparciem, obecnością, światłem. I za tych, którzy oceniali, krytykowali, czasem nie rozumiejąc, czasem nie mając w sobie tej miłości, którą przynosi Jezus. Oni także mnie czegoś nauczyli.
Bo kapłaństwo dojrzewa nie tylko wśród oklasków, ale i wśród niezrozumienia. A może właśnie tam najbardziej.
Z modlitwą i dziękczynieniem! Jezusowi i Wam!
